Zarządzanie prywatnością

Niniejsza strona korzysta z plików cookies

Wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie. Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Partnerzy mogą połączyć te informacje z innymi danymi otrzymanymi od Ciebie lub uzyskanymi podczas korzystania z ich usług.

Współadministratorami danych osobowych są:

Sopockie Towarzystwo Ubezpieczeń ERGO Hestia S.A z siedzibą w Sopocie, ul. Hestii 1, 81-731 Sopot,

Sopockie Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie ERGO Hestia S.A z siedzibą w Sopocie ul. Hestii 1, 81-731 Sopot,

a w zakresie korzystania z usługi Piksel Facebooka współadministratorem jest również Facebook Ireland Limited z siedzibą w Dublinie, 4 Grand Canal Square, Grand Canal Harbour, Dublin 2, D02X525 Dublin.

Dane przetwarzane są w celach marketingowych, analitycznych i statystycznych.

Użytkownikowi przysługują prawa: dostępu do swoich danych osobowych, żądania ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia ich przetwarzania, wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania swoich danych osobowych, przenoszenia danych osobowych oraz prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego zajmującego się ochroną danych osobowych. Dane kontaktowe w celu skorzystania z ww. praw znajdują się w Oświadczeniu administratora danych.

Czytaj więcej w naszej polityce cookies

EH_sesja1_8

„S” jest pokręcone. Przypadek? Nie w tym skrócie (red. Jacek Żakowski)

Stateczne „E” łączy równoległe ścieżki. Wiadomo jaki kierunek wyznacza.

„S” jest pokręcone. Przypadek? Nie w tym skrócie.

Stateczne „E” łączy równoległe ścieżki. Wiadomo jaki kierunek wyznacza.

Skomplikowane „G” wskazuje drogę środka – okrężną trasą prowadzi do solidnej podstawy umieszczonej wyraźnie ponad poziomem minimum, ale też daleko od szczytu. Tu chodzi o ambitny umiar.

Pokręcone „S” wije się i wije. Raz w dół, a raz w górę. Raz w prawo, raz w lewo. Nie ma jednego prostego kawałka. Ta krętość ilustruje nasz odwieczny problem ze społeczną odpowiedzialnością. Nie tylko biznesu.

Dobrze jest być społecznie odpowiedzialnym. Ale jest to bardzo trudne. Zostawmy standardy i normy mające nas zwolnić z samodzielnego myślenia. Przyjrzyjmy się istocie.

Istotą jest świadomość, że nie żyjemy w próżni.

Z natury pozornie myślimy po darwinowsku. „Mam dać radę”. „Mam wygrać”. „Mam przetrwać”. „Dlatego konkuruję”. Z kolegami i koleżankami o pozycję w klasie albo w firmie. Z chłopakami albo dziewczynami o życiowych partnerów. O miejsca na studiach, o posady, kontrakty, klientów, wyborców… Ja każdego dnia konkuruję o uwagę słuchaczy, czytelników, widzów itd. Załóżmy, że wszystkie te rywalizacje wygrywam. Czy mnie i moim genom da to pewność nagrody lub choćby szansę przetrwania? To by się wydawało logiczne wedle dziewiętnastowiecznej darwinowskiej logiki doboru naturalnego.

A co, jak już zostanę małpim królem we wszystkich interesujących mnie sferach, wykoszę konkurencję do gleby, będę miał najfajniejszą kobietę, najcudowniejsze dzieci, najpiękniejszy dom, najwięcej kasy, najszykowniejsze auto itp. i jakiś Putin walnie w moje miasto „atomówką”, której nie zestrzelimy, bo nie chcieliśmy płacić podatku na antyrakiety? Co jeśli razem z żoną i dziećmi udusimy się w smogu albo upieczemy w skwarze, albo zostaniemy w naszym fantastycznym domu zamordowani przez zdesperowaną, wygłodniałą tłuszczę, którą mistrzowsko ograłem i oskubałem do kości na rynku? Co jeśli tak skutecznie oszczędzę na podatkach, że zagłodzona oświata będzie dostarczała wyłącznie patentowanych głupków niezdolnych do przyswajania żadnych sensownych treści, a zagłodzona służba zdrowia będzie generowała tłumy ludzi tak schorowanych, że zainteresowanych tylko wytrwaniem przy życiu? W każdym z tych przypadków wszystkie moje sukcesy zdają się psu na budę. Wygrywam, ale ginę. W dużej mierze z tych samych powodów, dla których wygrałem.

W polskiej historii dobrym przykładem jest I Rzeczpospolita. Szlachta tak efektywnie dbała o własne interesy, tak skutecznie pokonała króla, chłopów, mieszczan, że wszyscy razem stali się niewolnikami rosyjsko-prusko-austriackiej władzy.

100 lat po Darwinie, w połowie XX w., Vero C. Wynne-Edwards, dziekan zoologii na uniwersytecie Aberdeen w Szkocji, zaproponował uzupełnienie teorii „doboru naturalnego” bardziej zaawansowaną teorią „doboru grupowego”. Różnica polega na tym, że w nowym ujęciu, aby można się było nacieszyć sukcesami, egoizmowi musi towarzyszyć altruizm, czyli gotowość do rezygnacji z części naszych sukcesów i interesów na rzecz innych.

Miło jest być małpim królem, ale gdy inni pożrą nasze stado, królewskie szczęście się kończy. Nasze geny zginą, gdy zginie nasza grupa. Czyli na prawdę wygrywają ci, których grupa wygrywa. Lewandowski zostałby pewnie królem strzelców, gdyby Bayern nie odpadł tak wcześnie z Ligi Mistrzów. Nie starczy więc dbać o siebie, trzeba też dbać o nasze otoczenie. I to możliwie szerokie. Nie starczy, że szlachta dba o szlachtę.

W ujęciu Wynne-Edwardsa altruizm przestaje być ofiarą szlachetnie składaną innym, a staje się inteligentnym sposobem dbania o własne interesy. To tłumaczy, dlaczego wydatki na tzw. „społeczną odpowiedzialność biznesu” są kosztami uzyskania przychodu, a nie częścią podzielonego zysku.

Tu zaczynają się schody. Bo zawsze jest pytanie, jak daleko w przestrzeni i czasie ma sięgać nasz altruizm. Wynne-Edwards, który zmarł ćwierć wieku temu, nie mógł jeszcze wiedzieć, jak daleko uświadomiona altruistyczna konieczność sięgnie w XXI w. Za jego życia spierano się raczej o altruizm krewniaczy. John Forbes Nash, ekonomiczny noblista, spec od teorii gier, którego historia została zekranizowana w 2001 r. w filmie Piękny umysł, wykazał, że cała grupa radzi sobie lepiej, gdy jej członkowie zrezygnują z rywalizacji o największą nagrodę i skupią się na tym, by uzyskać dobry, a nie najlepszy wynik. Sport to zdrowie. Gdy jest masowy, jakość życia i średnia wieku rosną. Ale sport wyczynowy na dłuższą metę raczej szkodzi zdrowiu. A w dodatku zwycięzców jest z zasady mniej niż przegranych.

Nasze „S” tak się tam i nazad wije, bo koszmarnie trudno jest zdefiniować skalę naszej odpowiedzialności. Leszek Kołakowski miał prosty pomysł: „odpowiadamy za wszystko cokolwiek dzieje się gdziekolwiek w świecie i na co możemy mieć wpływ”. Kiedyś można było myśleć, że to się da ogarnąć. Myśleliśmy, że mamy wpływ na nasze miasto, firmę, co najwyżej na państwo. Ale teoria chaosu (ta o amazońskim motylu, który machnął skrzydłami i wywołał łańcuch globalnych zmian) uczy, że wpływamy na wszystko, czyli odpowiadamy za wszystko.

Globalizacja ten wpływ radykalizuje przez łańcuchy powiązań. Internet to unaocznia. Znikła „moja chata skraja”. Wszystko jest coraz bardziej widocznie współzależne na wielu poziomach naraz i te współzależności się dramatycznie sumują, a nam bardzo trudno jest rozsupłać te węzły.

Tysiące miast nadmorskich przynajmniej częściowo utonie w tym stuleciu nie tylko dlatego, że podniesie się poziom oceanów, ale też dlatego, że model zabudowy powoduje wypłukiwanie i zapadanie się gruntu. Jak te czynniki na siebie wpływają? Dobre pytanie, a odpowiedź trudna, bo zabezpieczanie miast przed utonięciem wymaga prac budowlanych zwiększających produkcję CO2, które powoduje zmiany klimatyczne przyspieszające tonięcie. Błędy lokalne łączą się z globalnymi. Skale się mieszają. Horyzonty znikają w czasie i przestrzeni. Jedno szkodzi nam, drugie delfinom, trzecie naszym wnukom, czwarte Inuitom i mieszkańcom Sahary. To, co szkodzi mieszkańcom Sahary, może też szkodzić nam, albo nam pomagać, a szkodzić prawnukom itd.

Jak odpowiadamy za wszystko, to za nic nie odpowiadamy, bo nikt tego nie ogarnie. W tym sensie motyl na jakiś czas zwolnił nas z odpowiedzialności. Ale inżynierowie i ekonomiści okazali się dużo sprytniejsi, niż się biologom i filozofom zdawało. Efekt motyla jest trudny do policzenia, ale każdy nasz krok, kęs mięsa, kliknięcie w klawiaturę, seans na Netflixie, każda lotnicza mila zostały policzone. Kto chce, może dość dokładnie sprawdzić, ile policzalnego zła każdego dnia uczynił i komu. Każdy może zdecydować, ile poczucia winy uniesie, a na co mu starczy beztroski.

Ale liczymy tylko te ryzyka, z których zdajemy sobie sprawę (każdy broker to doskonale rozumie), a śmiertelne mogą być ryzyka, których sobie nie uświadamiamy. Kto w 1980 r. rozumiał, że permanentny brak mięsa jest dobry, bo chroni nas przed ociepleniem klimatu i głodem w Afryce? Czy komuś wówczas przychodziło do głowy, że szynka, o którą Solidarność walczyła z komuną, w 2015 r. da władzę Zjednoczonej Prawicy, która skorzysta na kryzysie uchodźczym spowodowanym m.in. ekologicznymi problemami Afryki, co z kolei doprowadzi do galopującej inflacji, która kolejnej generacji Polaków odbierze szansę na własne mieszkanie? A to na tle złożoności świata jest jeszcze dość prosty łańcuch zależności. Wiele jest groźniejszych i mniej oczywistych. Wielu nie zauważamy lub je bagatelizujemy, bo są splecione z innymi lub za nimi ukryte.

Co z tym zrobić rozważał Ulrich Beck, pisząc o społeczeństwie technologicznego globalnego ryzyka. Wiadomo, że wszystkich łańcuchów i węzłów zależności nie ogarnie nawet komputer kwantowy. Można z tego wyciągnąć dwa wnioski. Pierwszy, że nic się nie poradzi, bo nie ogarniając będziemy zawsze szkodzili nieświadomie. Czyli: nic nie rozumiemy, więc za nic nie odpowiadamy i każdy może robić, co mu się podoba. „Idziemy przed siebie i tyle”. Drugi (za którym optował Beck): skoro nie widzimy łańcuchów zależności, które mogą prowadzić ludzkość do samozagłady, kluczem do przetrwania staje się ostrożność. Jesteśmy niewidomi więc – jak niewidomi – musimy się poruszać ostrożnie. Niewidomi nie pędzą na łeb na szyję przez miasto wymachując wokół białą laską. Ostrożnie badają nią drogę. Jak nie są pewni, stają. Idą dalej, kiedy się upewnią, że nic im nie grozi.

Dyrektywa ostrożnościowa Becka nie zachęca do tradycjonalizmu, apatii, bezruchu. Ale przypomina, że prędkość i uważność trzeba dopasować do warunków na drodze. A warunki cywilizacyjne są, delikatnie mówiąc, mgliste i śliskie - delikatnie mówiąc. Coraz więcej wiemy i coraz więcej nie wiemy. Czyli żadnych gwałtownych ruchów! Żadnego deptania gazu i hamulca. Żadnego gwałtownego kręcenia kierownicą. Umiar. Samokontrola. Samoograniczenie. Coś w rodzaju strategicznego minimalizmu. Strategicznego, ale też osobistego.

Wszystko co robimy może się stać przyczyną katastrofy. Więc lepiej robić tylko to, co trzeba. Każdy krok może być śmiertelny. Jeśli nie dla nas i teraz, to dla kogoś, gdzieś, kiedyś. Wszystko ma znaczenie. To wiemy na pewno. Choć nie wiemy, jak wielkie.

No dobrze, ale „co ja, mały robaczek, mogę”. Hmm. Wielki Everest składa się z atomów, a społeczeństwo składa się z robaczków. Każdy może mało, ale mało pomnożone przez dużo robi naprawdę dużo. To was nie przekonuje? Wiadomo – przez pokolenia słyszymy to od dziecka. „Gdyby każdy wyrzucił papierek w lesie…” itp. Ale wspomnijcie motyla. Packa na muchy robi z niego miazgę. A on machnie skrzydełkiem i robi miazgę ze świata. Nike zawsze? Ale kto wie, które machnięcie okaże się gorsze niż Hitler i Putin razem wzięci. Wniosek: możesz nie machać – nie, to nie machaj.

Tu oczywiście pojawia się problem konkurencji. Jak oni będą machali, a ja nie będę machał, to przegram. Dla Darwina to była oczywista prawda. Dla Wynne-Edwardsa to jest oczywista nieprawda. ESG jest dowodem, że to zrozumieliśmy i zaczęliśmy się nawzajem pilnować, by zmniejszyć pokusę różnych gapowiczów. Patrzymy na ciebie! Zachowuj się. Też czuję wasz wzrok na sobie. O rany! Tyle godzin siedzenia na laptopie! Ile rafy przez ten tekst umrze, ile śniegu stopnieje… Niewiele? A może to będzie ten kluczowy kwark, z powodu którego odpadnie skrzydło jakiegoś amazońskiego motyla… Muszę kończyć.

Autorzy

Jacek Żakowski

Jacek Żakowski

Dziennikarz i publicysta. Ukończył Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Karierę dziennikarską rozpoczynał w redakcji „Na przełaj”. Komentator „Polityki”; publicysta „Gazety Wyborczej”; gospodarz piątkowych poranków radia TOK FM. Kierownik Katedry Dziennikarstwa Collegium Civitas w Warszawie. Członek Towarzystwa Dziennikarskiego. Należał do grona założycieli „Gazety Wyborczej”. Był rzecznikiem prasowym Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego i pierwszym prezesem Polskiej Agencji Informacyjnej. Jest twórcą wielu programów telewizyjnych, takich jak: „Tok Szok” (z Piotrem Najsztubem), „Tischner czyta katechizm”, „Autograf” i „Summa zdarzeń”. Otrzymał liczne nagrody, m.in. Polskiego PEN Clubu im. Ksawerego Pruszyńskiego, Dziennikarza Roku oraz dwa telewizyjne Wiktory i SuperWiktora. Wydał kilkanaście książek, ostatnio Wirus 2020. Tylko niepewność jest pewna. Rozmowy.

Zobacz także